Jak stworzyć film ślubny, który przetrwa próbę czasu? – wywiad z Michałem Sikorą
Justyna Miodońska • 19 czerwca 2026 • 11 min
Razem z Michałem Sikorą, liderem marki Canon, rzucamy nowe światło na współczesną branżę filmów ślubnych – rozmawiamy o odejściu od długich metraży, zaskakującym powrocie do kaset Hi8 oraz o tym, dlaczego w dobie sztucznej inteligencji to właśnie ludzka wrażliwość jest najcenniejszą walutą filmowca.
Spis treści:
Warsztat i technologia
➡ Czy duża ilość sprzętu jest w stanie zagwarantować lepszy efekt końcowy jeżeli chodzi o film ślubny, a może wręcz przeciwnie? Jaki jest Twój typowy set?
Przez lata byłem piewcą minimalizmu i myślę, że nadal nim jestem; jednak z biegiem czasu zmienił się mój typ pracy – przez większą część kariery prawie 10 lat pracowałem solo, a w ostatnich 5 latach rozszerzyłem moją ofertę o dodatkowych operatorów.
Odkąd pracuję na Canonie, to przeprosiłem się z obiektywami typu zoom; kiedyś miałem takie przeświadczenie, że „tylko stałki się liczą", a zoomy to w ogóle są bezsensu; jednak wszystko zmieniło się, gdy zacząłem testować obiektyw 28-70 mm ze światłem f/2.0; wówczas był to jeden z głównych powodów mojego przejścia z Sony na Canona – ponieważ to właśnie tym konkretnym obiektywem byłem w stanie całkiem sam zrealizować cały ślub – od szerokich planów, po zbliżenia i portrety z pięknym rozmyciem.
Najczęściej pracuję na dwa aparaty na szelkach. Wśród fotografów ta metoda jest dosyć mocno rozpowszechniona, jednak wśród filmowców – niekoniecznie; ja jednak „odcinam" wszelkiego rodzaju statywy czy monopody, bo to po prostu zajmuje mi ręce – a ja przede wszystkim pracuję właśnie z ręki; mobilność jest dla mnie szalenie ważna.
Jakość dźwięku też jest dla mnie bardzo istotna, ponieważ stanowi ważny element filmowego wyrazu. Obsługuję dużo klientów międzynarodowych, gdzie tradycja wygłaszania przemów jest bardzo mocno zakorzeniona i często tworzy ona moją narrację w filmie – dlatego dźwięk nagrywam zazwyczaj z trzech źródeł, żeby mieć pewność, że wszystko się uda.
No i kolejną ważną kwestią jest oświetlenie; w trakcie wesela zawsze dokładam swoje własne białe światło – przez co wszystko wygląda po prostu ładniej – a jednocześnie nie zaburzam oświetlenia dj'a; moje lampy są na baterie, więc mogę je także swobodnie wynieść w plener i wymodelować coś światłem w razie potrzeby.
➡ Które sprzęty Canona są Twoimi ulubionymi i jakie funkcjonalności je wyróżniają?
Pracuję obecnie na Canonie R3 z obiektywem 28-70 mm ze światłem f/2 i to właśnie ten zestaw mam na jednej szelce – gdy pracuję sam, to obsługuję nim praktycznie cały ślub.
W modelu R3 najbardziej cenię sobie ergonomię, a także fantastyczną jakość jego wizjera, który jest niezbędny w trakcie ceremonii plenerowych.
Mocnym atutem Canona są też jego fantastyczne kolory – gdy pracuję sam, to zdarza mi się używać zmodyfikowanego profilu neutralnego, a pracując w ekipach używam C-log, żeby swobodnie montować materiał z różnych aparatów.
Moim drugim aparatem jest natomiast Canon R6 Mark II i jego używam z dwoma obiektywami takimi powiedzmy „skrajnymi"; 14-35 mm ze światłem f/4 – przydaje się do ultra szerokich ujęć na salach weselnych, mając jednocześnie standardowy koniec 35 mm – oraz 70-200 mm ze światłem f/4, który daje mi ogromną swobodę przede wszystkim w trakcie ceremonii kościelnej.
Narracja i forma – sinusoida emocji w świecie fast-contentu
➡ Jakie są obecne standardy w kontekście metrażu filmów ślubnych w Polsce?
Zacząłbym tutaj od tego, że dla każdego jest miejsce na rynku; czasem klienci pytają mnie o 60 minut filmu i ja ich wtedy po prostu odsyłam, bo nie robię takich form.
Wydaje mi się, że w chwili obecnej całkiem sporo metraży realizuje się jednak w przedziale od 10 do 40 minut; u mnie wygląda to tak, że jeśli pracuję samodzielnie, to dostarczam film trwający maksymalnie 10 minut – i też nie staram się go jakoś specjalnie przedłużać – a jeżeli jest już taka potrzeba, to po prostu dokładam do konkretnego zlecenia dodatkowych operatorów.
Kiedyś samodzielnie realizowałem metraże 20-minutowe, ale nie do końca byłem do nich przekonany – bo te dłuższe filmy nie były dla mnie wystarczająco dynamiczne.
U mnie najdłuższy metraż to jest 35 minut, a i tak uważam, że w dobie Instagrama i popularności kilkusekundowych filmików, jest on po prostu zbyt długi.
➡ W jaki sposób zatrzymujesz uwagę i zainteresowanie swoich odbiorców, kiedy już mają okazję obejrzeć Twój film?
Film ślubny balansuje dla mnie pomiędzy byciem pamiątką, a jakimś rodzajem artyzmu – myślę o sobie przede wszystkim jak o usługodawcy, jednak z indywidualnym spojrzeniem i artyzmem właśnie – bo z jakiegoś powodu ten klient wybrał akurat mnie.
Zawsze zależy mi na tym, żeby film ślubny był w jakimś sensie ponadczasowy i żeby zawierał wszystkie istotne elementy dla Klienta – czyli przykładowo przysięgę czy przemówienia.
W tworzeniu filmowej narracji dosyć mocno pomagają mi już wcześniej wspomniane przemowy, ponieważ jest w nich często dużo wzruszających oraz zabawnych momentów.
Czasami też zachęcam klientów, żeby napisali sobie własne przysięgi. One się kompletnie różnią od tych kościelnych, które są zawsze takie same; podobnie jest z kazaniami, które najczęściej nie powodują silnych emocji – a jeżeli para napisze jednak coś do siebie, dla siebie – indywidualnie – to nie ma szans, żeby się nie wzruszyć.
Podstawowa zasada to sinusoida emocji i zmiany tempa – zarówno tego, co dzieje się w kadrze, jak i samego tempa montażu.
➡ Czy w obecnych czasach da się być jeszcze oryginalnym i zaproponować klientowi coś „zupełnie wyjątkowego"?
Myślę, że nadal można być oryginalnym; ja osobiście nie pomijam tych wszystkich klasycznych momentów ślubu, ponieważ mam poczucie, że w filmie nadal mam do pokazania moment przejścia; można oczywiście rozumieć oryginalność jak totalne „wywrócenie stolika" i przykładowo zacząć nagrywać coś zupełnie niezwiązanego z historią – ale unikam takich zabiegów.
W jaki sposób poszukuję tej oryginalności? Na przykład poprzez implementację technik analogowych, które sukcesywnie dokładam sobie do swojego ślubnego core'u.
W ostatnim czasie jest to na przykład kamera typu Hi8 – taka na kasetki z lat 90-tych – i oczywiście spotyka się to z dużą sympatią klientów; u tych starszych wzbudza ona sporo sentymentów, natomiast ci młodsi traktują ją jak całkiem nowe narzędzie, które kojarzą z przestrzeni mediów komercyjnych.
Eksperymentuję też z czasem naświetlania – tzw. techniką slow shutter – jednak to wszystko to są właśnie takie dodatki do bazy bezpiecznych ujęć.
Bycie oryginalnym oznacza dla mnie po prostu ciągłe poszukiwanie nowych środków wyrazu – może trochę nietypowych, ale z zachowaniem bezpiecznego umiaru.
Wizja i przyszłość – człowiek kontra algorytm
➡ Czy podążanie za trendami pomaga Ci się „utrzymać" na rynku? Czy jednak ważniejsze jest budowanie marki osobistej?
Jestem uważny na trendy, ale też staram się nie zatracić w tym ludzi i ich historii; rozsądnie rozgraniczam to, co jest ważne dla mnie, a co dla mojego klienta – często jest tak, że to właśnie on wychodzi z propozycją zrobienia konkretnego trendu, który nie jest moim celem sam w sobie, ale może przykładowo pozytywnie odbić się na promocji mojej marki.
Nie powinno się więc tak zupełnie ignorować trendów i też mieć świadomość tego, że marka powinna dobrze funkcjonować na różnych polach eksploatacji – jedna rzecz jest dla klienta, druga na poczet promocji.
➡ Czy sztuczna inteligencja może być realnym zagrożeniem dla branży ślubnej?
Myślę, że dla twórców wizualnych AI jest zdecydowanym zagrożeniem, jednak w kontekście ślubnych usług foto i wideo sprawa wygląda nieco inaczej – ponieważ my pracujemy tutaj z konkretnymi ludźmi.
Oczywiście sztuczna inteligencja jest w stanie wygenerować taką ogólną, generyczną parę ślubną; jednak tych konkretnych klientów, z ich indywidualną historią, z ich przeżyciami – tego nie jest w stanie wypreparować.
Wydaje mi się, że AI może być bardzo pomocne np. w zakresie automatyzacji pracy kamer; tak już idąc zupełnie w jakieś science fiction, to wyobrażam sobie sytuację, w której usługodawca przyjeżdża na ślub z dziesięcioma kamerami typu PTZ z inteligentnym śledzeniem AI, a zarejestrowane ujęcia samodzielnie sklejają się w film – tylko mnie osobiście taki sposób pracy bardziej kojarzy się z monitoringiem przemysłowym, niż właśnie z tworzeniem artystycznej pamiątki...
Myślę, że przy pracy z człowiekiem, z takim jakim on jest, a może jaki chciałby być – bo to też chodzi o sposób, w jaki my go pokazujemy, właśnie przez pryzmat naszej wrażliwości – no to myślę, że tutaj raczej jesteśmy bezpieczni.
Osobiście używam AI głównie do pracy z dźwiękiem – przede wszystkim narzędzi Enhance Speech (Adobe Premiere Pro) oraz Voice Isolator (ElevenLabs) – a także tworząc treści edukacyjne np. dla Canona; sztuczna inteligencja bez żadnego problemu generuje mi gotowe napisy do rolek czy też filmów dla klientów – i to w każdym języku!
➡ Myślisz, że w przyszłości podmiotowość twórcy może zostać częściowo zdetronizowana?
Absolutnie się nie zgadzam z tą wizją, ale – jeżeli chodzi o samą technologię i jej gwałtowną ewolucję, no to rzeczywiście ten próg wejścia do branży ślubnej jest zdecydowanie niższy; i też rzeczywiście w jakimś sensie współczesne aparaty „same nagrywają", bo posiadają przykładowo świetną stabilizację obrazu, coraz częściej pojawiają się też wbudowane funkcje AI.
Dostęp do wiedzy jest też zdecydowanie większy – gdy ja zaczynałem 13 lat temu, to były dostępne jakieś pojedyncze kursy po angielsku, a dzisiaj wiedza w dowolnym języku jest dostępna często za darmo lub za drobną opłatą.
I teraz wracając do pytania – uważam, że samo rejestrowanie czegokolwiek nie jest jednoznaczne z jakąś wizją na reportaż – a potrzeba jej zdecydowanie bardziej niż tylko dobrego sprzętu.
Ważna jest też kwestia utrzymania się na rynku pracy, na który może łatwiej dziś wejść, ale zdecydowanie trudniej poradzić sobie z kryzysami, które prędzej czy później dosięgną każdej marki osobistej.
Można przez lata wyrobić sobie fach w ręku i być biegłym sprzętowo, ale gdy zaczyna brakować pomysłu na siebie, na prowadzenie swojej działalności – to właśnie wtedy kryzysy się pojawiają.
➡ Jakie trzy uniwersalne rady dałbyś samemu sobie z przeszłości?
Pierwszą taką fundamentalną kwestią jest na pewno dobre opanowanie sprzętu; żeby on nam po prostu nie przeszkadzał, żeby nie był taką naszą „tarczą"; często prowadząc własne warsztaty, gdy przychodzi moment pracy z modelem lub modelką to widzę, że uczestnicy dosłownie się za tym aparatem chowają – tak jakby był on dla nich kulą u nogi.
Polecam więc ćwiczyć w bezpiecznych warunkach, w domu, ze znajomymi – żeby nie od razu rzucać się na głęboką wodę i deprymować potencjalnego klienta, gdy nagle coś nas „zaskoczy".
Druga rzecz to na pewno otwartość na drugą osobę; niektórym z nas przychodzi to bardzo naturalnie, a inni muszą się tego po prostu nauczyć.
Tę otwartość rozumiem w taki sposób, żeby umieć wyczuć, co można zrobić z danym klientem; żeby wiedzieć, gdzie są jego granice – sam miewam klientów, dla których nawet przytulenie się w miejscu publicznym jest już jakimś jakimś wyczynem, ale są też tacy, którzy totalnie zaszaleją.
Dla mnie ogromnym wyróżnieniem jest moment, w którym klienci po spędzonym dniu ze mną, nie widząc jeszcze efektów pracy, mówią „Michał, dziękujemy, było super! Wiemy, że film będzie świetny” – to bardzo duża gratyfikacja.
I trzecią rzeczą jest pozwolenie sobie na eksperymentowanie oraz danie sobie takiej wolnej przestrzeni.
Należy znaleźć czas na to, żeby móc się rzeczywiście kimś lub czymś zainspirować, szczególnie treściami pozaślubnymi – filmami reklamowymi, teledyskami, dokumentami i fotografią.
➡ Bardzo dziękuję za rozmowę!

Wywiad z Michałem Sikorą przeprowadziła Justyna Miodońska.
Sprawdź nasze inne inspirujące wywiady:
Per aspera ad astra – szczerze o fotografii ślubnej. Wywiad z Tomaszem Tołłoczko
Jak w zgodzie ze sobą podbijać rynek fotografii użytkowej? Rozmawiamy z Margo Słowik
Najnowsze
Zostań naszym stałym czytelnikiem
Bądź na bieżąco z nowościami foto-wideo, inspiruj się wybitnymi twórcami, korzystaj z praktycznych porad specjalistów.
Poinformujemy Cię o super promocjach, interesujących kursach i warsztatach.